camino de santiago

Camino de Santiago – część druga

To już prawie dwa lata minęły, odkąd postawiliśmy swoje stopy w Santiago de Compostela. Wychodząc na ten słynny szlak, rozpoczyna się pełen przygód i ciekawych spotkań urlop od codzienności. Z jednej strony zyskuje się szansę na oderwanie, przemyślenie i poukładanie swojego życia, z drugiej to właściwie niewiele ponad żmudną i monotonną wędrówkę do określonego celu. Czy to opcja dobra dla każdego? Nie sądzę. Wiem, że na pewno była dobra dla mnie.

Nauka na błędach

Kiedy otwieram zeszyt z zapiskami z tamtych dni, przekonuję się, o jak wielu rzeczach już zapomniałam. Spotkaliśmy dobrych ludzi i dużo przeżyliśmy w stosunkowo krótkim czasie. Generalnie, jak to w życiu bywa, początki były najtrudniejsze. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, gdzie szukać najodpowiedniejszych noclegów, jedzenia, kiedy rozpoczynać, a kiedy kończyć codzienną wędrówkę. Jeszcze daleko było nam do wyrobienia sobie rytmu marszu i przyzwyczajenia się do ciężaru plecaków.

Tutaj znajdziesz pierwszą część relacji: Camino de Santiago – część pierwsza

Na początku sporo przepłacaliśmy. Zaczęło się już w samej Barcelonie, której tak naprawdę nie widzieliśmy. Sporo po niej błądziliśmy i tym sposobem ominęło nas wiele zabytków i pięknych miejsc. Po wylądowaniu na lotnisku El Prat mieliśmy jeszcze kilka godzin do odjazdu autobusu do Pampeluny. Z założenia miał być to czas na obejrzenie katalońskiej perełki. Przerodził się on jednak w męczący spacer z obciążeniem po mniej turystycznych częściach miasta. W ten sposób staliśmy się wyjątkowo podatnym gruntem na zaciągnięcie do pierwszej przyportowej restauracji, gdzie zjedliśmy chyba najdroższy posiłek w naszym życiu. Choć musimy przyznać, że ta paella była wyjątkowo smaczna i tak duża, że nie daliśmy jej rady.

camino-cz-2-01

Mniej znaczy więcej

To niesamowite, jak wieloma rzeczami obrastamy i otaczamy się w codziennym życiu, a jak mało jest nam rzeczywiście potrzebne do funkcjonowania. Nie trudno zauważyć, że współczesny człowiek idący szlakami Camino tak naprawdę niewiele różni się od średniowiecznych pielgrzymów.

Jeszcze przed wylotem czytaliśmy przewodniki, artykuły i blogi, opisujące wędrówkę na Camino de Santiago. Kompletując zawartość plecaków, zwracaliśmy uwagę na to, co doradzali wszyscy, którzy Drogę już przeszli – im mniej tym lepiej. Mimo tego musimy przyznać, że trzy kilogramy składające się na nieużyty ani razu namiot, może raz założone buty trekkingowe, czy nieodpowiednią na warunki długiej wędrówki z plecakiem kurtkę przeciwdeszczową, były początkowo sporym obciążeniem.

Szczególnie idąc drogą francuską i to w szczycie sezonu na Camino (lipiec) można pomyśleć, że namiot to dobry wybór, z perspektywy czasu jednak wiemy, że nie dla nas. Być może nie chciało nam się go rozkładać, ale też nie było takiej potrzeby – jakieś wolne łóżko czy kawałek podłogi zawsze na nas czekały. Co do butów, to moim zdaniem nie są najlepszym wyborem na długotrwałą wędrówkę w dość wilgotnym klimacie. Ja całość Camino przeszłam w wygodnych sandałach trekkingowych – w razie deszczu schły szybko razem z moimi stopami. Kurtka przeciwdeszczowa to taki turystyczny standard, jednak zdecydowanie lepszym wyborem jest obszerna peleryna, która jest w stanie okryć poza człowiekiem także cały jego dobytek.

Naszą codziennością stało się ręczne pranie ubrań. Na trzytygodniową pielgrzymkę spokojnie wystarczają 2-3 koszulki, tyle samo par spodni i jakaś ciepła bluza czy sweter. Cała reszta okazuje się zbędna. Pogoda nam sprzyjała, jednakże nie sądziliśmy, że lipiec w Hiszpanii będzie tak mało upalny. Średnie temperatury wynosiły trochę ponad 20 stopni, by tylko w niektóre dni wzrosnąć do czegoś bardziej kojarzącego się Polakom z wakacjami na półwyspie Iberyjskim. Jednak właśnie w takich temperaturach najlepiej pokonuje się kolejne kilometry. Ulewny deszcz, mimo że zaskoczył nas ze dwa razy, nie był dużą przeszkodą w wędrówce.

Kreatywność w kuchni

Miłym akcentem była przedpołudniowa kawa, popijana w przydrożnych barach gdzieś w drugiej czy trzeciej godzinie marszu. Czasem towarzyszyło jej ciastko z czekoladą czy bocadillo (kanapka) z serem, szynką lub hiszpańską tortillą. Całość porannej przyjemności na osobę dochodziła maksymalnie do 3-4 euro, a pozwalała na skorzystanie z toalet i naładowanie akumulatorów (nie mam na myśli baterii w telefonie). Kawa, ciastko czy WiFi to jedne z nielicznych rzeczy, jakie wyraźnie różnią dzisiejszych pielgrzymów od dawnych pątników do Santiago de Compostella.

camino-cz-2-02

Jeśli chodzi o jedzenie, dobrze robić zakupy w lokalnych wiejskich sklepikach, a jeszcze lepiej i taniej w mijanych po drodze niewielkich supermercados, które nawet na uczęszczanym szlaku francuskim nie są częstym widokiem. Wraz z kolejnymi dniami pielgrzymowania nauczyliśmy się przezornie zaopatrywać w lekki prowiant na kolejny dzień w postaci paczki makaronu czy ryżu. Łukasz miał ze sobą chyba pół kilograma barszczu w proszku z Polski, który ratował nas w chwilach kryzysu i ciągnął się za nami przez pierwsze 2 tygodnie. Nasze popisowe danie z wędrówki to ryż wymieszany z tuńczykiem z puszki, kukurydzą i pomidorami jedzony z bagietką i popijany mlekiem lub hiszpańskim czerwonym winem z kartonu. Połączenie nadzwyczaj intrygujące – zwłaszcza dla nocujących z nami Koreańczyków. Przy tak dużym wysiłku energetycznym powędrówkowe dania, choć z wiadomych względów niewyszukane, musiały być sporych rozmiarów.

Czasem jadaliśmy także w jakiejś restauracji czy pizzerii. Zabawne były zwłaszcza hiszpańskie wersje znanych potraw z kuchni włoskiej pokroju carbonary z chorizo. Jednak takie wypady związane były raczej ze słabym zapleczem kuchennym w niektórych albergues, niż z chęcią zjedzenia czegoś bardziej przyzwoitego.

Codzienność Camino

Zazwyczaj wstawaliśmy około 6 rano. To zmuszało nas do logistycznego rozpracowania porannych czynności tak, by zbudzić jak najmniej osób i nie narazić się na nerwowe pomruki z sąsiednich łóżek. Byliśmy tym typem pielgrzymów, którzy chcą uniknąć wędrówki w największym upale, a także wolą swobodnie wybierać lokalizację kolejnego noclegu, bez obaw o brak miejsc i konieczności wędrówki przez następne kilka kilometrów. Nie mam na myśli ścisłego planowania przebiegu całej trasy. Wieczorami wyznaczaliśmy sobie miejscowość, do której chcemy dotrzeć wraz ze schroniskami awaryjnymi położonymi zarówno przed, jak i za nią.

Nieocenioną pomocą, szczególnie dla tych mniej zaprawionych wędrowców, którzy większość swojego dnia spędzają w pozycji siedzącej, mogą być kijki do nordic walking. Ułatwiają marsz zwłaszcza na początku, kiedy każdy krok jest trudny, a plecak ciąży i zdaje się wbijać coraz silniej w ramiona. Po przejściu tych 600 kilometrów moje sandały miały się nieźle, za to gumowe nakładki na kijki praktycznie zniknęły.

camino-cz-2-03

Ruszając na szlak trzeba zacisnąć zęby. Zapał często gaśnie przy pierwszych pęcherzach i kontuzjach. Każdy miewa kryzysowe momenty. Na naszym przykładzie wiemy, że nie warto wtedy rezygnować. To raczej lepszy moment, aby zwolnić, bardziej przyjrzeć się sobie i innym mijanym po drodze ludziom. Kiedy gdzieś za setnym kilometrem wchodzi się w ten rytm, nie tak łatwo później wyhamować. Jestem osobą, która lubi wyjeżdżać, ale lubi także powroty do domu. Mimo tego, po dojściu do Santiago, pojawiła się nutka żalu, że coś ważnego dobiegło końca. Ale każdy koniec to przecież nowy początek. My znów musimy zaciskać zęby, tym razem wędrując przez naszą codzienność.

camino-cz-2-04

camino-cz-2-05

camino-cz-2-06

camino-cz-2-07

camino-cz-2-08

camino-cz-2-08-1

camino-cz-2-09

camino-cz-2-09-1

camino-cz-2-10

camino-cz-2-11

camino-cz-2-12

camino-cz-2-13

camino-cz-2-14

camino-cz-2-15

camino-cz-2-16

camino-cz-2-17

camino-cz-2-18

camino-cz-2-19

camino-cz-2-20

camino-cz-2-21

camino-cz-2-22

camino-cz-2-23

camino-cz-2-24

camino-cz-2-25

camino-cz-2-26

camino-cz-2-27

camino-cz-2-28

camino-cz-2-29

camino-cz-2-30

camino-cz-2-31

camino-cz-2-32

camino-cz-2-33

camino-cz-2-34

camino-cz-2-35