Camino de Santiago – część pierwsza

camino de santiago

Do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy wyjazd wypali. Decyzję o wylocie do Hiszpanii podjęliśmy w grudniu 2013 roku, ale dopiero, kiedy kupiliśmy bilet na samolot, mogłem zacząć kompletować sprzęt. W lutym nie miałem nic, co było potrzebne do przemierzenia Drogi Świętego Jakuba. Poczynając od najważniejszego, czyli butów, poprzez „oddychającą odzież” i stosowny plecak, na kapeluszu kończąc.

Przed samym wyjazdem, i już w trakcie wędrówki, kilkakrotnie słyszałem, że każdy z peregrinos jest w pewnym stopniu szaleńcem. Z perspektywy czasu marsz przez ponad 700 kilometrów nie sprawia wrażenia trudnego, choć przed wejściem na szlak nieco obawialiśmy się o kondycję. Bardziej szaleńcze wydaje się natomiast rzucenie wszystkiego i ucieczka przed normalnym życiem. Ja skończyłem staż i zamiast szukać pracy, zacząłem zakupy. Ania na tydzień przed wylotem odeszła z korporacji. Tylko tak mogliśmy pozwolić sobie na miesięczną pielgrzymkę do Santiago de Compostela.

Pomocna dłoń z góry

Początkowo do wędrówki podchodziliśmy jak turyści. Gdzieś z tyłu głowy mieliśmy intencje, w których zdecydowaliśmy się pielgrzymować, ale przede wszystkim chodziło nam o zwiedzenie północy Hiszpanii i przeżycie czegoś niezwykłego. Trzeba jednak podkreślić, że bez pomocy z góry nigdy nie dalibyśmy rady.

Tak się złożyło, że wsparcie było nam potrzebne już pierwszego dnia. Nawet tak prozaiczna czynność, jak kupno biletów na autokar z Barcelony do Pampeluny może skończyć się koniecznością nocowania w centrum miasta. Powód? Bariera językowa.

Poszło sprawnie, przynajmniej tak nam się wydawało. Podczas obiadu znalazłem jednak nieścisłość. Data przybycia do celu nadrukowana na bilecie wskazywała, że czterysta osiemdziesiąt kilometrów mieliśmy pokonać w ponad dwadzieścia cztery godziny. Uprzejmy pan, który wcześniej sprzedał nam miejscówki, podczas reklamacji nie omieszkał okazać niezadowolenia. Mimo wszystko dostaliśmy bilety na wieczorny kurs i uniknęliśmy nocowania na dworcowej ławce.

To jednak nie był koniec przygód. Gdzieś około drugiej nad ranem, pośrodku niczego, autokar stanął, a przezabawny kierowca, którego wymowa nazwy miasta Pampeluna sprawiała, że zanosiłem się śmiechem, oznajmił: dalej nie pojedziemy, autobus się zepsuł. Nieco zaspani i zdezorientowani spojrzeliśmy w jego poważną twarz. Mężczyzna zniknął na kilka chwil, najprawdopodobniej, by naprawić wiekowy pojazd. Usłyszawszy warkot silnika, ponownie zasnęliśmy. Oczy otworzyliśmy dopiero u celu. Na początku naszej Drogi.

Droga niczym życie

Porównanie Drogi z życiem obiło mi się o uszy kilkakrotnie. Wartości, które liczą się podczas tak długiej podróży obowiązują w normalnym życiu. Uczciwość wobec siebie i innych, ofiarność i szczerość sprawiają, że dotarcie do celu nie wydaje się niemożliwe.

Kilkakrotnie spotykaliśmy się z ogromną dobrocią i życzliwością ze strony obcych ludzi. Zapomniawszy ręcznika ze schroniska, francusko-angielska rodzina zabrała go, wiedząc, że spotkamy się na szlaku. Klucząc po większych miastach często trafialiśmy na niezwykle pomocnych Hiszpanów, którzy za wszelką cenę chcieli nam wskazać drogę do schroniska. Nawet, jeśli nie posiadali wystarczającej wiedzy w tej kwestii.

Ci wszyscy ludzie, którzy stanęli na naszej drodze i w jakiś sposób nam pomogli, gestem, słowem czy nawet samym uśmiechem, byli darem zesłanym z góry. Dziękujemy Wam wszystkim. Gdyby nie Bóg pod ich postacią, z całą pewnością niemożliwym byłoby pokonanie pieszo niemal siedmiuset kilometrów.

Seria fortunnych zdarzeń

camino-cz-1-mapa

W drodze do Burgos, w Kastyli i León, pokonaliśmy najdłuższą odległość. Tego dnia mogliśmy zatrzymać się w albergue na 25 lub 40 kilometrze. Dotarłszy do pierwszego schroniska, zdecydowaliśmy się iść dalej. Wiedzieliśmy jednak, że nigdzie pomiędzy oboma miejscowościami nie ma miejsca do spania.

Burgos rozmiarem odpowiada Kielcom i znalezienie tam niewielkiego schroniska przypomina szukanie igły w stogu siana. Samo dojście do centrum miasta zajęło nam około kilkudziesięciu minut. Jeszcze gdzieś na obrzeżach, po długim i nudnym podążaniu tuż przy drodze szybkiego ruchu, zobaczyliśmy ławkę, a na niej, dużą soczystą pomarańczę. Wierzę, że położył ją tam nikt inny, jak sam Bóg.

Kiedy wreszcie minęliśmy fabryki i otoczyła nas ogólno pojęta cywilizacja, zaczęliśmy – dość nieskutecznie – szukać miejsca do spania. Dwóch starszych Hiszpanów pokierowało nas ku wschodowi. Idąc we wskazanym przez nich kierunku, pobłądziliśmy. Samo kluczenie wzdłuż głównej drogi, a później po jednokierunkowych uliczkach hiszpańskiego miasta, zajęło kolejną godzinę. Dopiero, kiedy całkiem opadliśmy z sił i nadziei, na naszej drodze stanęła mniej więcej czterdziestoletnia kobieta. Dosłownie złapała nas za rękę i zaprowadziła do jednego z większych schronisk, jakie udało nam się odwiedzić.

Budynek był ogromny. Wysoki na sześć pięter, a każde zapełnione dwupiętrowymi łóżkami. Kolejne skrzydła łączyły bezosobowe korytarze, których podłogi pokryte były zimnymi kafelkami. To naprawdę rzadkość na Camino, w większości przypadków schroniska są niewielkie. Bardziej kameralne i przepełnione domowym ciepłem. To bardziej przypominało hotel. Żeby dotrzeć na samą górę trzeba było przesiąść się z jednej windy do drugiej. I wśród tego ogromu, wśród tak znacznej ilości pątników, ostały się dwa wolne łóżka. Kiedy zmęczeni przestąpiliśmy przez próg, zapytaliśmy łamanym hiszpańskim: dos camas libre? i uiściliśmy opłatę, jeden z recepcjonistów wywiesił na drzwiach kartkę z napisem completo. Cuda istnieją, musisz tylko dobrze się rozejrzeć, żeby je dostrzec.

Wędrując od wioski do wioski, nawet w towarzystwie, jest dużo czasu na przemyślenia. Nasuwają się wtedy myśli, których nie słyszymy w zgiełku codzienności. Idąc Drogą, człowiek może wyrobić sobie również wiele cech, które przydają mu się w późniejszym życiu. Dopiero wędrując z ciężkim plecakiem, zdajemy sobie sprawę, jak wiele niepotrzebnych rzeczy trzymamy. Towarzyszą nam przedmioty, które tylko pozornie wydają się potrzebne. Mi pielgrzymka pomogła zrozumieć, że wszystko, co posiadam, a co nie przekłada się w bezpośredni sposób na przeżycie, jest luksusem.

Docierając do schroniska, szukając miejsca do spania, jedzenia oraz robiąc pranie i kładąc się spać, żeby wstać wcześniej i nie musieć wędrować w upale, wyrobiliśmy schemat, który działa również tutaj, w Polsce. Grunt, to zrozumieć, jak niewiele rzeczy jest potrzebnych do życia oraz jak wiele rzeczy sprawia, że nie mamy czasu na to, co jest ważne. Na rozmowę, uśmiech, chwilę odpoczynku.

Tutaj znajdziesz drugą część relacji: Camino de Santiago – część druga

camino-cz-1-01
camino-cz-1-02
camino-cz-1-03
camino-cz-1-04
camino-cz-1-05
camino-cz-1-06
camino-cz-1-07
camino-cz-1-08
camino-cz-1-09
camino-cz-1-10
camino-cz-1-11
camino-cz-1-12
camino-cz-1-13